Dzień 4
Z przytupem
Wypoczęte konie rwą się do drogi. Dzień wstał piękny, a rześkie powietrze zachęca do działania. W siodłaniu jesteśmy już wygami. Wiemy co po czym, jak zaciągnąć sznurkowy popręg, zarzucić sakwy i oszukać konia, żeby wypuścił powietrze z brzucha. Tacy semigauchos:). Ruszamy. Dwukilometrowe stuku puk i człapu człap doprowadza nas na brzeg rzeki Tunuyan (prawidłowo: Río Tunuyán). Nie jest to olbrzym (220 km długości), ale w tym miejscu toczy rwące wody spod lodowca/ wulcanu Tupulgato. Po krótkiej naradzie bierzemy ją z marszu. Konie niepewnie stawiają kopyta, a brzuchy zanużone w brunatnej wodzie falują w wartkim nurcie. Poza mokrymi butami i wodną bryzą spod kopyt, nie dopada nas tu żadne nieszczęście. Po drugiej stronie plan zdjęciowy jak z Hollywood. Rio Bravo i inne przeboje celuloidów mogą się schować. Zresztą oceńcie sami! Read more
