The Scents of Africa (zapachy Afryki) with Belmond Safaris

Zapachy Afryki (the Scents of Africa – for English scroll down please!)

Savute Elephant Camp-59

Świt w Savute

Rześko, wstałem zanim świt wypędził mnie z ciepłej pościeli. Rozgarniam moskitierę sprawdzając czy w kapciach nie zamieszkało coś gdy spałem. Doleciałem wczoraj z Maun Airlinks od Johanesburga, a tam przez Frankfurt z Krakowa Lufthansą. Savute Elephant Lodge, potem Khwai River Lodge oba należące do Belmond Safaris w Moremi na granicy z Okavango – taki mam plan. Zamówiłem poranną kawę. Właśnie przyszła. Mam tu taras z widokiem na zakole rzeki, maślane ciastka i czarny gorący płyn. Siadam, bo świta. Afrykańskie wschody słońca uwalniają we mnie uśpione gdzie indziej myśli. Po raz tysięczny chcę coś zobaczyć, czegoś posłuchać, kogoś spotkać.

Savute Elephant Camp-62

Śniadanie w Savute

Afryka jesienią (w sumie też wiosną) to inny kontynent. Inny od tego spalonego nieznośnym upałem, gdy żar dnia sprawia ból ludziom, zwierzętom, ziemi. Wtedy nawet noc nie zdąży zadbać o ulgę, bo wczesnym rankiem słońce znów powraca pulsując, wysysając, paląc. Nic nie pachnie. Za to kwiecień to lokalna jesień. Dzień nie jest może tak długi, a zderzenie z nim nocy i różnica temperatur wywołują … zapachy.

Zimny zapach trawy

Jeszcze nie całkiem rozbudzony ładuję się do Land Rovera. Nieprzyjazne zimne poręcze z kroplami rosy podają przez ręce nerwowy sygnał: „znajdź pled!” Kokon z koca to najlepsze co może Was spotkać przy porannym game drive’ie. Ruszamy! Wkrótce po tym gdy za plecami znika bezpieczna brama lodgu ostre słońce atakuje rosę. Zebrana w ciężkich kiściach gnie cienkie źdźbła do samej ziemi. Mokro, pachnie zimną trawą. Znacie ten zapach? Czysty, jednonutowy, niby woda, ale nie z kranu. Trochę jak czerwcowa rosa. Następnym razem powąchajcie rosę w czerwcu.

Savute Elephant Camp-58

Zimny afrykański poranek

O tej porze powinniśmy zobaczyć efekt nocnych polowań. Kręcimy się niecierpliwie po okolicy. Nic nie widać. Sporo ptaków – niektóre suszą pióra, inne żerują w płytkiej wodzie.

Savute Elephant Camp-9

Okavango to raj dla obserwujących ptaki

Czujne zwykle impale nie wykonują nerwowych ruchów, poskubując coś leniwie. Tylko młode samce próbują się na rogi. Wkrótce przyjdzie na nie pora.

Savute Elephant Camp-8

Impale, smukłe, skoczne, wszędzie ich pełno

Zapach po słoniu

Był tu – jeszcze dymi. Pachnie (cuchnie?) koniem. Słoń z jego mało wydajnym układem trawiennym daje szansę przetrwania innym – ptakom, owadom, gryzoniom. Poszedł w busz, z łatwością czytamy tę drogę. Połamane gałęzie, drzewa odarte z kory od kłów i pocierania swędzącego cielska. Słoni mało jak nie w Savute i to gdzie? Przy obozie o jak na ironię nazwie: Savute Elephant Lodge. Fakt to nie czas ich migracji. Kryją się w buszu, wszędzie pełno wody.

Savute Elephant Camp-25

Co widać, to nie jest świeża kupa słonia, dymiącej nie „złapałem”

Pachnie ziemia wokół lwa lwów

Jedziemy po Was! Jeden z rangerów doniósł o lwach. Skrzypią sprężyny resorów, woda chlupie pod kołami. Zanużone w dwóch trzecich mielą błoto. Pachnie mułem, właśnie – nie śmierdzi, tutaj świeże błoto pachnie. Odbijamy w zarośniętą ścieżkę. Kto u licha wypatrzył w tej trawie lwa? Piaskowa droga wije się w nieskończoność. „Do not follow me. Wildlife photography” – stajemy burta w burtę z rangerem – fotografem. Coś żółtego majaczy w zaroślach. Promień słońca wyłuskuje potężny łeb zaopatrzony w liczne szramy. Jest daleko, niewiele widać. Stoimy w nadziei, że się poruszy, przewróci z boku na bok, lub wyciągnie łapy. Słońce nagrzewa piasek, pachnie plażą.

Savute Elephant Camp-31

Lew z bliznami w ukryciu …

Człowiek – inaczej niż zwierze – jest niecierpliwy. Dwadzieścia minut jest granicą, której nie udaje się nam przekroczyć. Zostawiamy fotografowi jego lwa i jedziemy dalej. Daleko, znacznie dalej niż zwykle. Przewodnik nie daje za wygraną. Jedziemy w kierunku zebr, które majaczą na horyzoncie. W ich pobliżu spory ruch. Dwa, nie! Trzy samochody stoją w dziwnym szyku. Podjeżdżamy bliżej. Są i … śpią!

Savute Elephant Camp-32

Obudzony lew, pojedzony, trochę wkurzony …

Dwa spore samce z wypchanymi brzuchami wypoczywają skryte w trawie. Przez chwilę nie reagują na nasze zaloty, a jesteśmy na wyciągnięcie … łapy. Po chwili jednak mają nas dosyć, otwierają przekrwione oczy, podnoszą łby, a potem całe ciała i powłócząc łapami idą w kierunku zarośli, tam odnajdą swój spokój. Wygnieciona trawa oddaje ciepło drapieżników. Dociera do nas ledwo wyczuwalny zapach lwiego potu i samczej uryny. Nic tu po nas… wracamy.

Savute Elephant Camp-34

Lew sobie idzie … precz

Lunch w buszu – pachnie kuchnią

Zastanawialiście się kiedyś jaką amplitudę wzlotów i uniesień zalicza Wasz żołądek podczas zabawy na rollercosterze? Wyobraźcie sobie, że siedzicie na kolejce górskiej, ale nie pięć minut, a pięć godzin! Co? Wyobraźnia boli w okolicach pośladków, brzucha i kręgów szyjnych? W takiej właśnie kondycji zmierzamy do lodge’u na lunch. Niektórzy ściskają żołądek w mikroskopijnym dzisiaj zaglębieniu jamy brzusznej, a inni rękami złapali się za krtań. Liczą na to, że oburęczny Nelson powstrzyma podroby przed Wielką Ucieczką – byle dalej od tego zwariowanego ciała!
Potencjometr węchu ustawiony na czerwonym polu, wyczuwa zapachy odległe o mile. To głód nie pozwala mu obniżyć lotów. Do obozu dobrych kilka kilometrów, ale falujące ciepło sawanny przynosi nam niezrozumiały tutaj zapach obiadowych potraw. Jeszcze chwila i wpadamy na porcelanę i wypolerowane na błysk bemary. Odbijają ostre słońce, zresztą podobnie jak białe zęby w roześmianych twarzach naszych kucharzy  i kelnerów.

Savute Elephant Camp-22

Każdy chciałby mieć takich zadowolonych ludzi w … pracy

Śmieją się z naszych min – niespodzianka im wypaliła. Siadamy do długiego stołu – piknik pod akacją.

Savute Elephant Camp-23

Oto nasz bush lunch

Hipopotamy – muł i woda

Mają się tu nadzwyczaj dobrze. Pora dnia nie ma znaczenia. Jedzą z nami śniadanie nad rozlewiskiem, towarzyszą – choć 200 metrów dalej – podczas basenowych nawrotów i piją gin z tonikiem – gdy podziwiamy wpólnie zachody słońca. Wiatr jest tu łącznikiem. Niesie głosy i raz słaby, raz intensywny zapach błotnych kąpieli. Parski i prychy z hipopotamich łbów przywodzą na myśl zabawy wodne naszego Parmena. Koń ten w upalny dzień chłodzi się w strumieniu kopiąc prawym (koniecznie!) kopytem wodę. Rozbryzgi wzmaga paszczowo, wydmuchując (to pewnie jednak nozdrza) mgiełkę wody, z której korzysta i jeździec. Wieczór przywraca zmysłom zagubioną w ciągu dnia ostrość. Czujemy lekki chłód od bagien, pachnie miekką papką błotną … na wypastowanych smolistą pastą butach.

Savute Elephant Camp-46

Hipopotamy o poranku, głęboko zanurzone, pokarm ciąży

Grilowe mięso, boma, Gin & Tonic

Zmrok żąda od nas ukrycia się. Od wieków drapieżne zaganiają nas za mury. Niezależnie od tego, czy to dżungla z betonu, czy ta stara, prawdziwa, naga jak ją Bóg stworzył. W Okavango ma to swoje dobre strony. Lokalni mieszkańcy spotykają się za zeribą. Jest im raźniej, bo w grupie, no i smażą mięso, warzą w garach, wspominają dzień, wieczorne nic nie robienie – BOMA. Jestem zaproszony. Idę i to nie z grzeczności, ale z powodu żołądka – echo głodu słychać w nim, jak brzdęk monety wpadającej do opróżnionej skarbonki mojego syna. Na długo zanim dotrę trawię – sięgające po mój taras – zapachy żeberek, sałatek, czosnku i pieczonych ziemniaków. Jem. Popijam. Jem. Popijam ginem. Ginem z tonikiem. Z tonikiem i ogórkiem. Gin & Tonic to jedyna ochrona przed malarią. Ech gdyby Livingstone to wiedział! A może wiedział? No bo malarone napewno nie miał!
Dobranoc

Savute Elephant Camp-43

no comments

Savute Elephant Camp-44

Zachody słońca w Afryce to jest coś!

The scents of Africa (not about fragrances)!

Savute Elephant Camp-57

Africa can be very cold and humide!

I wake up in the Savute Elephant Lodge. As I try to get up from my comfy bed, I look around to see if there are no unexpected guests in my room. Or in my slippers.
Eventually I stand up to discover it’s quite a crisp morning before the sunrise.

I arrived at one of the Belmond Safari lodges yesterday after a long journey from Krakow, still in the process of calming down with Frankfurt, Johannesburg and Maun long behind me. I ordered morning coffee yesterday, and it has just arrived. Now you know how it is – sipping a hot black drink from coffee beans, crushing butter cookies and watching the sunrise on your terrace in Africa… It’s, well, just lovely! Actually, there’s lots of water here. But the beginning of the rainy season does not mean that it rains every day.In fact, there wasn’t a single drop of rain during my four-day but there was lots of water …
Africa – south of the equator – looks so different in autumn. It’s like another continent. It is far away from the unbearable heat, when it hurts people, animals, and vegetation. It’s hard to smell anything else apart from burnt land. But April is the local autumn. The longer nights clearly divide the days in Botswana and the difference in the temperature causes … intensive smells.

The cold scent of grass

Still not quite awake, I get in the Landrover. Unfriendly cold grill at the front of the car is covered in morning dew serve to set off an immediate alarm in my brain: „find a blanket!” A cocoon of blankets is your best friend during the cold, morning game drives. Let’s move! As soon as we leave the safe lodge gates behind us, sharp rays of sun attack the morning dew elsewhere (but not on my bench). Thin stalks are bent in heavy bunches. The cold, wet scent of grass.Can you smell that? Clean, straight, the smell of water, but not one from the tap. A bit like June’s smell of dew. (Make a note in next year’s diary: Next time try to smell the dew in June :).)

The elephant left his smell behind.

He was here – the… erm… you know, his poo is still … steaming! Due to their inefficient digestive system, these magnificent mammals have created a life space for other species – birds, insects, and rodents. He may have gone into the bush, but we can read his route easily. Broken branches and trees stripped of bark are very clear signs of his majesty’s presence. Surprisingly it’s very hard to see elephants in Savute this days. The truth is that I’m travelling in Savute outside of the migration season. So even the name of our lodge – Savute Elephant Lodge – does not help in our search! Again there are a lot of water holes in the bush. Animals don’t need to approach the river!

Savute Elephant Camp-49

Okavango Delta – the biggest inland swimming pool of the World!

The smell of the soil around the lion, lions

Something yellow looms in the bushes. A ray of sunlight tries to locate a mighty head that has been cut with plenty of scars. It is really far away, and there is very little that can be seen. We are waiting for him to move. Unsuccessfully. The sun heats the sand, there is a smell rather like during sunbathing on the beach. We humans – unlike animals – are impatient; twenty minutes is our limit. We leave the spot and go on. Far away, much further than we would usually. But our ranger does not give up. There are zebras which loom on the horizon. Three Landrovers are proceeding in a strange formation. We drive up closer. There they are! Two big male with bulging bellies are resting hidden in the grass. For a moment, they do not respond to our presence. After a while they open their bloodshot eyes, raise their heads, and then they bodies begin moving looking for another peaceful place. Kneaded grass gives off the heat of predators. For a second the sweet smell of lions’ sudor reaches us. There’s nothing else to do here … we want to go back.

Savute Elephant Camp-45

Zebras like photographers

Lunch in the bush – it smells for food

Imagine that you are sitting on a  roller coaster, but not just for five minutes – five hours! Does it hurt? What about your stomachs, spines and … your bum? We eventually return for lunch after driving in such conditions. It is a long distance from the lodge. The waving, shimmering savannah heat brings us the surprisingly unexpected scent of food. A little while later, we dive into our porcelain plates and the bright reflective flashing food warmers. These reflect the sharp sun rays, almost as much as the white teeth in the laughing faces of our chefs and waiters. They laugh at our amazment. We are sitting at a long table. This is our picnic under  an acacia tree.

Hippos – mud and water

They are extremely well here. The time of day does not matter. They eat breakfast with us in the backwater and accompany us while swimming in the pool (from the distance) and drink gin and tonic – when we admire the sunset on the deck. The wind formes a link between us. It brings out the voices and sometimes the strong smell of hippo mud baths. We feel a slight chill from the swamps in the evening. It smells like a soft paste of mud … on the boots.

Savute Elephant Camp-47

Young Happy Hippo

Barbecue, BOMA, G&T

Dusk makes us ready to to take cover. For centuries, predators have scared us, forcing us behind the walls. That’s why the locals prefer to meet behind the fence. They prepare food, talk about what happened during the day and do nothing else. That’s BOMA. I am invited. Long before I reach the place I can smell ribs, salads, garlic and baked potatoes. I eat. I sip the gin. Gin and tonic. Tonic and cucumber. After all Gin & Tonic is the only protection against malaria? If Livingstone had only known this! Or maybe he did? Well he certainly did not have Malarone medicine!
Have a good night folks!

Savute Elephant Camp-53

Sleeping under the stars in Okavango

Tagged: , , , , , , , , , , ,

Comments (2)

Dodaj komentarz